Historia Feliksa Stamma pióra Krzysztofa Krasnickiego

Mistrzostwa Europy w boksie- 1953 r. odbywały się w zniszczonej wojną Warszawie, w zaadaptowanej na ten cel, wyremontowanej starej, wysłużonej jako obiekt handlowy Hali Mirowskiej. Przez cały czas trwania turnieju hala pękała w szwach, ale to co się działo w dniu finałów było czymś nie do opisania: prawie pięć tysięcy w środku, wielokrotnie więcej kibiców- dla których zabrakło biletów- na zewnątrz; przyczyną niebywały sukces, awans do decydującej fazy aż siedmiu Polaków! Euforia nastąpiła dopiero później; nasi pięciokrotnie stawali na najwyższym podium i pięć razy grano Mazurka Dąbrowskiego. A twórcą owego triumfu pięściarzy był Feliks Stamm, trener- legenda.

Jego pierwszą pasją była jazda konna; z boksem zaznajomił się będąc instruktorem w Centralnej Szkole Kawalerii w Grudziądzu; w wojskowej kantynie odbywały się walki przypominające nieco boks, a nagrodą była szklanka kakao, czasem tabliczka czekolady, magnes dla niezamożnej młodzieży- głód w Polsce lat międzywojennych był na porządku dziennym- i Stammowi nieobcym; zakładał więc bokserskie rękawice i młócił się z kolegami za ową nader skromną nagrodę.

Prawdziwy boks poznał, kiedy wraz z pułkiem przeniósł się do Poznania. Stoczył w związanym z armią Penthatlonie kilkanaście- w większości wygranych- pojedynków, doszedł jednak do wniosku, że lepiej czuje się w roli instruktora. Jan Baran- Bilewski, wykładowca w Centralnej Szkole Gimnastyki i Sportu obserwował młodego Stamma:- Zaraz po moim pierwszym wykładzie podszedł do mnie i powiedział, że angielski system narzuca za sztywne reguły, a jego zdaniem każdy powinien boksować zależnie od swoich predyspozycji i temperamentu. Miał wtedy 24 lata, ale wyraźnie wiedział, czego chce.

Szybko zwrócono uwagę na trenerski talent Feliksa Stamma i wkrótce powierzono mu opiekę nad zespołem Warty- z najlepszymi bokserami w kraju.

Na debiut w roli trenera reprezentacji narodowej musiał poczekać prawie dekadę, bo pięściarska centrala uważając, iż najlepiej się do tego nadaje cudzoziemiec zatrudniła najpierw Niemca Nispla, po nim Włocha Garzenę, wreszcie, na rok przed berlińską olimpiadą, zamerykanizowanego Niemca Billy Smitha. Stamm w międzyczasie, jako klubowy szkoleniowiec większości reprezentantów kraju, pełnił funkcję II trenera, przede wszystkim sekundanta podczas walk polskich pięściarzy.
Kiedy okazało się, że ostatni- Billy Smith nie odniósł w Berlinie- 1936 sukcesu, sięgnięto po Stamma. I to był strzał w dziesiątkę! Już najbliższe mistrzostwa Europy w Mediolanie- 1937 r. pokazały kunszt trenerski pana Feliksa: czterech Polaków w finale, dwa złote medale: Aleksandra Polusa i Henryka Chmielewskiego , srebrne: Edmunda Sobkowiaka i Franciszka Szymury, no i największa ilość punktów w klasyfikacji zespołowej, Puchar Narodów dla najlepszej drużyny Europy- to był sukces, jakim nie mogła się poszczycić żadna inna dyscyplina w krótkiej historii polskiego sportu.

Dwa lata później, w Dublinie na najwyższym podium staje tylko Antoni Kolczyński, ale srebrne medale zdobywa trzech kolejnych Polaków: Antoni Czortek, Józef Pisarski i, po raz drugi Franciszek Szymura, a narodowy team- również po raz drugi- sięga po Puchar Narodów.
I nic już nie powinno stanąć na przeszkodzie, aby polski pięściarz znalazł się w gronie medalistów najbliższej olimpiady- w Helsinkach- 1940 r.
Nie znalazł się, olimpiada nie doszła do skutku, hitlerowskie hordy uniemożliwiły największe sportowe spotkanie w świecie.

Po zakończeniu działań wojennych Stamm bierze się ostro do roboty, najpierw sprawdza możliwości wypróbowanych przed wojną mistrzów, wreszcie sięga po młody narybek. Na igrzyska w Londynie- 1948 r. zabiera sześciu pięściarzy, z których jeden mierzy w medal- brązowy- jako pierwszy polski bokser i jedyny reprezentant kraju- w ogóle.

Sukcesy odnoszą pięściarze i na kolejnych mistrzostwach Europy, ale to, co wydarzyło się w Warszawie- 1953 r., przeszło najśmielsze oczekiwania. Pięć złotych medali to nokaut dla rywali, przede wszystkim zawodników radzieckich, co nie wszystkim- z kręgów komunistycznej władzy- się podobało, a oschłe komentarze w stylu:- Czy nie za dużo tych zwycięstw panie Stamm- były aż nadto wymowne. Po zakończeniu turnieju rozentuzjazmowany tłum sympatyków pięściarstwa wyniósł na ramionach trenera z Hali Mirowskiej i śpiewając Sto lat, powiódł do odległego hotelu Polonia, jedynego nadającego się na przyjęcie uczestników turnieju miejsca w stolicy.

Gwoli sprawiedliwości: Stamm nie pracował w pojedynkę, na zgrupowania zabierał szkoleniowców, których zadaniem była praca z konkretnymi członkami kadry, ale wraz z trójką: Stanisław Cendrowski- kapitan sportowy, Paweł Szydło- trener i Stanisław Zalewski- masażysta, dobry duch ekipy tworzyli wręcz idealny, uzupełniający się kwartet szkoleniowy.

Pan Feliks, "Papa Stamm" jak mówili o nim zawodnicy, jak nazywała go prasa i sympatycy sportu, był człowiekiem niezwykle skromnym, nie lubił rozprawiać o swoich zasługach, rzadko udzielał wywiadów, a jeśli już do tego doszło, to mówił nie o sobie, a o pięściarzach, o ich zaletach i szansach. Czasem jednak tym, do których żywił sympatię, udawało się pozyskać jakieś istotne, choć wypowiadane mimochodem spostrzeżenia. W 1964 roku Tadeusz Olszański przeprowadził ze Stammem rozmowę*, w której mistrz zdradził co nieco ze swojego trenerskiego warsztatu:

 "O powodzeniu decydują zdolności pedagogiczne. Umiejętność poznania ludzi i przekazania im własnej wiedzy. Trener musi wymagać od zawodnika pełnego zaangażowania, ale jednocześnie winien być przykładem i wymagać od siebie. Nie można wychowywać słowami, deklaracjami, a jedynie praktyką, osobistym przykładem. Trener zdobywa autorytet i zaufanie wtedy, gdy zajmuje się zawodnikiem nie tylko na sali, ale i poza salą, gdy służy mu radą nie tylko w ringu. Tylko taki układ stosunków daje mu prawo- na zasadzie męskiej umowy- wymagać od zawodnika wytrwałości i odpowiedniego zachowania. Dopiero na tej podstawie można budować kolejny ważny element wychowania boksera: świadomość celu, do którego się dąży" i dalej: "Tajemnica tkwi w tym, że każdy trener może nauczyć podstaw danego sportu, doprowadzić zawodnika do pewnej klasy. Ale trener mało wprawny nie spowoduje dalszej poprawy umiejętności zawodnika, któremu wróżono wielką karierę i który bywa naprawdę do niej predysponowany. Dzieje się tak, bo nie potrafi wydobyć z człowieka, który znajduje się pod jego opieką, wrodzonych zalet charakteru, rozwinąć jego predyspozycji fizycznych, bo brakuje mu "nosa". Ten nos to po prostu zorientowanie się w zaletach zawodnika, w jego temperamencie, charakterze i dostosowanie szkolenia do tych indywidualnych cech. Jednym zdaniem: pozwolić rozwinąć skrzydła sportowcowi, hamując jednocześnie rozwój jego wad".

Spostrzeżenia niby mało odkrywcze, proste, ale jakże trudne do realizacji w praktyce.

Stamm miał "nosa", upierał się przy powołaniu na największe nawet imprezy zawodników, na których inni nie zwracali większej uwagi; konsekwentnie poddawał takiego boksera wielu sprawdzianom. Aż do skutku, aż do sukcesu.

Tak było z pierwszym polskim mistrzem Europy, Aleksandrem Polusem, podobnie z dwukrotnym mistrzem olimpijskim, Jerzym Kulejem.

Wydawało się, że warszawski sukces trenera Stamma i jego podopiecznych jest już najwyższym wyczynem, że więcej się nie da, że szczyt został osiągnięty w stolicy.

"Papa" tę poprzeczkę podniósł jeszcze wyżej. Na igrzyskach olimpijskich w Tokio wystąpiła doborowa dziesiątka polskich bokserów. Było kilka wątpliwości, np. wybór między doświadczonym, trzykrotnym mistrzem Europy Leszkiem Drogoszem, a ustępującym mu pod względem techniki, lecz silniejszym fizycznie i kondycyjnie, a więc dającym nadzieję, iż podoła trudom wielodniowych zmagań turniejowych Kasprzykiem. Postawił- wbrew sprzeciwom- na Kasprzyka. I nie zawiódł się, pięściarz z Bielska zdobył złoty medal, w dodatku tocząc finałowy pojedynek z reprezentantem Związku Radzieckiego ze złamanym palcem!

Najwyższe stopnie olimpijskiego podium zajęli jeszcze dwaj Polacy, obaj również po zwycięstwie z reprezentantami światowej potęgi- ZSRR; Józef Grudzień pokonał Wiktora Barannikowa, a Jerzy Kulej Jewgenija Frołowa. Z pozostałej ósemki tylko trzech wróciło z Tokio bez medalu! Drugie miejsce w olimpijskim turnieju zajął Artur Olech, a brązowe medale wywalczyli: Józef Grzesiak, Tadeusz Walasek i Zbigniew Pietrzykowski.

Cztery lata później, w Mexico City, reprezentant naszego kraju, pupil Stamma Jerzy Kulej po raz drugi stanął na najwyższym podium olimpijskim; w finałowej walce zwyciężył doskonałego Kubańczyka Requeiferosa; mistrz olimpijski z Tokio, Józef Grudzień musiał "zadowolić się" srebrnym medalem, srebrny medal po raz drugi zdobył Artur Olech.

I to były już ostatnie igrzyska olimpijskie Feliksa Stamma, trenera, którego podopieczni wywalczyli 6 złotych, 7 srebrnych i 11 brązowych medali olimpijskich, 25 razy zdobywali tytuły mistrzów Europy, 17. krotnie sięgali po medale srebrne i 19. krotnie zdobywali medale brązowe.

Feliks Stamm był nie tylko trenerem, ale i powiernikiem pięściarzy, z wieloma przyjaźnił się po zakończeniu przez nich sportowej kariery, wielu pomagał, był troskliwym opiekunem- "Papą" Stammem. Zmarł w wieku 75 lat, w 1976 roku.

*- Sztandar Młodych 21/22.03. 1964 r.


Autor: Krzysztof Krasnicki



Powrót do strony głównej